środa, 04 maja 2011
Katastrofa Smolenska globalnie

Przepraszam czytelników, że już trzecia z kolei notka składa się tylko z głupiego obrazka, ale na wykończenie tekstowych notek brakuje mi czasu. Już wkrótce opublikuję notkę, w której sprawdzam ile prawdy i ile propagandy kryje się w dyskutowanym u wo 50-procentowym brytyjskim podatku dochodowym.

A tymczasem zrobiłem detaliczną graficzną analizę katastrofy Smoleńskiej z perspektywy globalnej:

obrazek

Tagi: Smolensk
17:53, jestem-w-sieci , Otherland
Link Dodaj komentarz »
środa, 20 kwietnia 2011
Bóg jest mężczyzną

Tagi: religia
17:28, jestem-w-sieci , Święty_spokój
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 kwietnia 2011
Wywiad z Zwykłym Człowiekiem

W dzisiejszym odcinku znana reporterka przeprowadza wywiad ze Zwykłym Człowiekiem:

(click the picture to enlarge)

Wywiad.jpg

piątek, 01 kwietnia 2011
25 marca, NWO i inwazja Tytanow

Gdybym nie był takim tchórzem, napisałbym poniższą notkę przed 25. marca, bo z wiedzą opisaną poniższej każdy posiadacz lunety (albo nawet dobrej lornetki) mógł tego dnia przyczynić się do zdemaskowania światowego spisku. Moje życie jest mi jednak miłe i dlatego odważam się napisać prawdę dopiero dzisiaj.

Jeśli nie jesteś jakimś naiwnym lewakiem, tylko człowiekiem świadomie spostrzegającym otaczający cię świat, to zapewne wiesz, że światem nie rządzą nasi politycy, lecz dwie zwalczające się grupy: praludzie, których niewolnikami jesteśmy oraz ich odwieczni wrogowie tytani, czasem zwani iluminatami, którzy z ukrycia próbują sabotować plan tych pierwszych.

Walki między praludźmi i tytanami toczą się już od wieków i zostały opisane w indyjskich wedach, sumeryjskiej mitologi oraz w Starym Testamencie. Najbardziej znany opis tych walk opisany jest (sic!) w greckiej mitologi, gdzie tytani przegrywają bitwę z bogami dowodzonymi przez Zeusa i muszą opuścić ziemię.

Ale co ma z tym wspólnego data 25.03 – notabene data składająca się z liczb iluminatów 2, 3 i ich sumy 5? Otóż, jak powszechnie wiadomo, tytani pochodzą ze świata równoległego, połączonego z naszym światem poprzez anomalię czasoprzestrzenna, oscylującą wokół naszego układu słonecznego, której najsilniejsze natężenie, czyli zjednoczenie z naszym układem słonecznym, jest właśnie regularnie 25 marca. Praktycznie wpływa to dwojako na nasze życie – po pierwsze planeta Tytan widoczna jest w ten dzień na naszym firmamencie (o tym jeszcze poniżej), i po drugie, tego dnia tytanie potrafią przenieść się miedzy ich światem a naszym i zasiedlają ziemię.

Zapewne nieraz słyszeliście powiedzenie, że "ktoś jest spod ciemnej gwiazdy". Otóż w astrologi "okresem ciemnej gwiazdy" nazywa się przełom marca i kwietnia. W tym okresie bowiem od wieków na ziemi pojawiali się tajemniczy przybysze, których odwiedziny nie wróżyły nic dobrego. W tym kontekście warto powiedzieć, że w dawnych czasach przybysze z Tytana byli częstymi gośćmi na ziemi, o czym świadczy chociażby to, że słowo "tytan" oznacza w języku greckim "jest ich mnóstwo". Także w nowszych czasach pojawiały się masowe osiedlenia iluminatów z Tytana na ziemi, na przykład w 1634 roku w Maryland (przy okazji: czy nie wydaje się wam się podejrzane, że taki mały stan jak Maryland jest siedzibą kilkuset firm zajmujących się biotechnologią, a hymn Marylandu ma tę samą melodię, co hymn angielskich komunistów i niemiecka kolęda?).

W czasach starożytnych ludzkość potrafiła się jednak czasem wziąć w garść i wykurzyć nowych przybyszy – czasem się to udawało, a czasem nie. Najbardziej znanym przykładem nieudanej próby jest historia rzymskiego cesarza Juliusza Cezara, który 25 marca 44 pne. planował przy pomocy wojska wychwycić i uwięzić wszystkich nowych tytanów. Skończyło się to dla niego tragicznie, gdyż tydzień przed planowaną akcją w tzw. idy marcowe został haniebnie zamordowany.

Wróćmy jednak do tematu obserwacji planety Tytan. Tytanie prze całą starożytność i średniowiecze bez większego wysiłku ukrywali istnienie ich planety. Nie docenili jednak ludzkiej ciekawości i skłonności do patrzenia w niebo. W roku 1655 niejaki Christiaan Huygens pracując nad udoskonaleniem teleskopu spojrzał akurat 25 marca w "niewłaściwą" stronę nieba i po raz pierwszy udokumentował istnienie Tytana, naiwnie klasyfikując go jako kolejny księżyc Jowisza. Od tego czasu tytanie trochę bardziej starają się ukryć ich planetę odwracając w marcu uwagę mediów w innymi, pozornie bardzie ważnym, kierunku. Mimo tego od czasu do czasu udaje się astronomom wypatrzyć Tytana. Tak na przykład 25.03 1811 roku francuski astronom Honoré Flaugergues odkrywa nieznany dotychczas obiekt określając go "pierwszą wielką kometą XIX wieku".

Także w XX wieku kilkakrotnie udało się zaobserwować planetę tytanów. W latach 90-tych astronomowie Hale i Bopp przepowiedzieli pojawienie się olbrzymiej komety bardzo blisko ziemi. Jak myślicie, jaką datę podali ci sławni astronomowie? Tak 25 marca 1997 roku. Informacja ta została oczywiście natychmiast przechwycona i zredagowana przez iluminatów i całą uwagę astronomów skupiono na innym obiekcje zbliżającym się do ziemi. Niestety, a raczej szczęśliwie dla nas, pewien astronom amator, niejaki Chuck Shramek, uważnie przyjrzał się zdjęciom zrobionym przez Hale i Boppa i spostrzegł na nich zbliżający się niezidentyfikowany obiekt swoją wielkością czterokrotnie przewyższający ziemię. Informacja ta była na tyle wiarygodna, że doprowadziła do samobójstw kilku sekt wierzących w zbawienie przez przylot tytanów (na przykład słynna sprawa Heven's Gate. I jak myślicie, kiedy członkowie Heaven's Gate popełnili samobójstwo. Nie napiszę, sprawdźcie sami, ale chyba się już domyślacie).

Najnowsze spostrzeżenie tytana wiąże się z wydarzeniem smutnym, które dosyć dobrze opisał w swojej powieści Dan Brown, a przed nim Robert Wilson W roku 1996 cały świat astronomiczny spoglądał w zasugerowane przez "pewne instytucje" obszary nieba, na których podobno pojawić się miała kometa zapowiedziana przez Hale i Boppa. Pewien japoński astronom imieniem Yūji Hyakutake nie dał się jednak zwieść, spojrzał w inną stronę nieba i ku swemu zdziwieniu spostrzegł olbrzymia kometę, która - któż by się spodziewał - 25. marca miała się pojawić w pobliżu ziemi i widoczna była nawet gołym okiem. Zdolny astronom od razu zrozumiał co jest grane i natychmiast próbował poinformować odpowiednie organy o tej sprawie. Niestety Yūji Hyakutake zginał w tajemniczych okolicznościach w kilka miesięcy po obserwacji. Jak to się dokładnie odbyło można sobie poczytać w powieściach wyżej wymienionych autorów.

Jeśli jeszcze macie jakieś wątpliwości i na przykład pytacie się, dlaczego astronauci znajdujący się 25.03 w kosmosie nie zauważyli nic podejrzanego (o ruskich się nawet nie pytam, ale przecież stacja Mir od 1998 roku przyjmowała też amerykańskich astronautów, albo space shuttle mogły polecieć tego dnia w kosmos). Dla takich niedowiarków mam tylko jedną odpowiedz: jak myślicie kiedy i dlaczego podjęto deorbitację stacji Mir? Aha, w 2001 roku dokładnie dwa dni przed 25 marca. Kiedy odbył się ostatni lot space shuttle "Discovery"? Aha, tydzień przed 25 marca. Myślę, że już przejrzeliście na oczy i na tym zakończę.

1. kwietnia 2011

Tagi: 1 kwietnia
23:01, jestem-w-sieci , Otherland
Link Komentarze (2) »
środa, 30 marca 2011
Sztuka Odlotu

 

Tagi: Superman
10:22, jestem-w-sieci , Otherland
Link Komentarze (1) »
środa, 23 marca 2011
Attack of the Nuke Zombie

Moje stanowisko względem energii atomowej jest raczej neutralne. To znaczy: z jednej strony nie mam nic przeciw, ale z drugiej strony nie poszedłbym też w jej obronie na #rapiery. Wydaje mi się, że jak podliczymy wszystkie koszty utrzymania bezpiecznej elektrowni, rozwoju technologi, transportu i przechowywania odpadów oraz takich akcji ratunkowych jak w Fukushimie, to pod kreską okaże się, że koszty przypadające na podatnika są dużo większe, niż to sugerują koncerny energetyczne, co mnie jako pragmatyka zniecheca.

W zeszłym tygodniu jednak doprowadzało mnie do wściekłości to głupawe podsycanie antyatomowej paniki przez ekologów i populistów. Jeszcze nie podano żadnych oficjalnych danych, a już samozwańczy eksperci zaczęli jeden przez drugiego przekrzykiwać się, że mamy „kolejny Czarnobyl” i „katastrofę apokaliptycznych wymiarów”, Media zaś od razu podchwyciły nośny temat i zamiast rzeczowo informować siały strach meldunkami typu "Czy zabraknie tabletek z jodem?".

No więc zastanówmy się najpierw jak wyglądają fakty:
- w Japonii przytrafiło się jedno z większych trzęsień ziemi, jakie kiedykolwiek udokumentowano. Z punktu widzenia środkowo-europejczyka jest to niewyobrażalna katastrofa, bo u nas się coś takiego nie zdarza (1).
- trzęsienie ziemi zakończyło się potężnym tsunami. Też niewyobrażalne, bo u nas tsunami nie ma, a jak rzeki wyleją, to się klęskę narodową ogłasza (2).
- w wyniku tej katastrofy rozpierniczyła się wybudowana w latach 70-tych elektrownia - w latach 70-tych, czyli jedna z najstarszych w Japonii, czyli wybudowana mniej więcej jednocześnie z Czarnobylem i dawno przed katastrofą Czarnobylską - czyli obiekt dużo poniżej aktualnych możliwości i europejskich standardów.
- dzisiaj, niemal dwa tygodnie po katastrofie, po raz pierwszy zanotowano wartości przekraczające dozwolone dawki, ale nadal nie zagrażające bezpośrednio zdrowiu ludności cywilnej.
- a co najważniejsze, dzieli nas od Japonii ponad 8 tysięcy kilometrów.

Oczywiście, jeszcze wszystko się może zdążyć. Oczywiście tu i tam zanotowano podwyższone dawki promieniowania, i pewnie i niejeden strażak wyląduje w szpitalu, i oczywiście ktoś coś zaniedbał i będzie pociągnięty do odpowiedzialności. Ale jak na razie sytuacja nie jest tak niebezpieczna jak diabla malują.

A propos diabla. No więc dręczy mnie pytanie: dlaczego ludzie tak panikują. Przecież gdy rąbnie taka elektrownia wodna, to nie ma zmiłujsię, natychmiast całe miasta zalewa. Jak pierdzielnie gdzieś fabryka chemiczna, zwykła fabryka nawozów albo środków do prania, to niebezpieczeństwo dla zdrowia jest równie duże. Nie mówiąc już o tym, że liczby ofiar japońskiego trzęsienia ziemi i tsunami sięgają dziesięciu tysięcy. No więc dlaczego taka panika z powodu radioaktywności?

Dlatego, że ludzie potrzebują fetysza żeby się bać, a taka radioaktywność jest perfekcyjnym fetyszem. Spowodowany przez procesy, których już w szkole nie potrafiliśmy zrozumieć, niewidzialny radioaktywny pył rozprzestrzenia się po świecie. Radioaktywność przechodzi przez ściany i można ją powstrzymać tylko grubymi ołowiowymi płytami. Już sama nazwa „radioaktywność” mówi nam, że tam ktoś jest przeciw nam aktywny. Radioaktywność czai się wszędzie jest w powietrzu, w wodzie, w grzybkach i marchewce, w cez-bulce i jod-kiewce. Od radioaktywności rodzą się w mutanty a dorosłym wypadają włosy i marszczy się skora aż w wreszcie zamieniają się w zombie. Lekarz robiący zdjęcia rentgenowskie nosi ołowiany fartuch żywcem wzięty z horroru, a strażacy przebrani są w szczelne ufocko błyszczące kombinezony. Radioaktywność zaczyna się od wielkiego błysku a po nim nadchodzi straszna chmura w postaci grzyba i trzeba się położyć pod parapetem i przykryć rękoma głowę, a potem pić ten okropny płyn lugola...

(source)

Czasem zastanawiam się, czy uczenie fizyki w szkołach ma w ogóle sens.

---

(1) Wiem co mówię. Przeżyłem trzęsienie ziemi rzędu 6Mw i porównując z relacjami z Japonii widzę, że miedzy 6 a 9 jest cholernie duża różnica.

(2) No dobra, teoretycznie, gdyby duży meteoryt walnął w Bałtyk...

poniedziałek, 03 stycznia 2011
Notka zastępcza

Od tygodnia jestem kompletnie zajęty zabawą prezentem, który znalazłem pod choinką. Blog tymczasem więdnie, więc chociaż jakąs tubkę wlepię:

17:37, jestem-w-sieci , Otherland
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 grudnia 2010
Monsters (2010 movie)

Ostatni rok okazał się nawet niezły dla filmu SF. Zaczęło się dokładnie rok temu od Avatara. Później widziałem District 9, Surrogates, Gamer, Book of Eli, Repo Man, Inception, Predators oraz1 Monsters. I ten ostatni bardzo, ale to bardzo mi się spodobał. Nie dlatego, że jest jakiś wybitny, ale dlatego, że jest to dokładnie takie kino SF, które mnie osobiście się podoba i którego jest zdecydowanie za mało.

O co chodzi w filmie każdy już pewnie słyszał, ale dla tych co żyją na księżycu krótko i bezspoilerowo streszczę: akcja filmu dzieje się w niemal-teraźniejszości2, kilka lat po tym, jak na Meksyk spadła sonda, która przywlokła z kosmosu aliensów - czyli tytułowe monsters. W międzyczasie cały północny Meksyk został objęty kwarantanną i ogłoszony strefą zamknięta. Główny protagonista - fotograf - ma za zadanie przewieźć córkę swojego bossa z ameryki środkowej do USA.

I to już cały film. Pomysł nadawałby się świetnie na kino akcji, na horror, na efekty specjalne itp., tu jednak jest zupełnie inaczej - nie dzieje się właściwie nic. Niskobudżetowosc i akcja w niemal-teraźniejszości przypominaja trochę Distrinct 9, ale nie, ten film jest inny. Cały film składa się z kilkunastu zwykłych scen z podroży. Monsters to jest jedna wielka impresja. Pięknem tego filmu nie jest jego treść, ale nastrój i detale - dzieci zakładające pluszakom maski gazowe, graffiti na murach, rozwalone helikoptery przy drodze. Oraz zwykłe dialogi, takie jak ten genialny z facetem sprzedającym bilety na ostatni prom. Głowni bohaterowie próbują targować się z nim o cenę, a on im z uśmiechem odpowiada "You have no possibilities, albo dajecie pięć tysięcy dolarów i jesteście na promie, albo nie".

Poniżej kilka niewyraźnych kadrów na zachętę. Ludziska idziecie do kina:

We własnym interesie:
Cztery notki wstecz napisałem notkę Apokalipsa. Wymyśliłem ją podczas półgodzinnej jazdy samochodem a następnie spisałem w dziesięć minut i nawet zastanawiałem się czy dać taką bzdurę na bloga, ale z każdym dniem jestem coraz bardziej dumny z tej notki.

Footnotes:
1 Tak, Moon przegapiłem w kinie, a na DVD wszedł dopiero w tym tygodniu
2 Po dwóch dobrych filmach Distrinct 9 i Monsters spodziewam się więcej podobnych filmów, więc przezornie stworzyłem neologizm "niemal-teraźniejszość".

Tagi: kino Monsters
02:14, jestem-w-sieci , Cool-tour
Link Dodaj komentarz »
środa, 15 grudnia 2010
Stranger Than Fiction

Czasem zdarzają sie w życiu sceny tak nierealne, tak surrealistyczne, jakby ktoś wyciął kilka kadrów z filmu Federico Felliniego lub Charliego Kaufmana. Rozglądamy sie wtedy wokoło niczym Harold Crick, zastanawiając, kto napisał ten absurdalny scenariusz. W mojej prywatnej nomenklaturze nazywam te sceny "Scenami Filmowymi". Ostatnio przydarzyła mi sie właśnie taka scena filmowa i - chociaż piszę czasem fikcyjne teksty w pierwszej osobie tak jak tutaj i tutaj - to tym razem przysięgam, jak mamusię kocham, że poniżej opisane zdarzenia odbyły sie dokładnie tak, jak je opisuję, bez krzty przesady.

Prolog

Bylem niedawno w pewnym sławnym miejscu urlopowym znanym z dominacji rosyjskich turystów, a konkretnie to siedziałem w prowizorycznej hotelowej poczekalni lekarskiej.

Scena

Pomieszczenie wygląda jak Polska z lat siedemdziesiątych. Gołe betonowe żółte ściany. Pod ściana stoi stylowa wiktoriańska sofa z pozłacanymi ornamentami i czerwoną aksamitną tapicerką. Ja siedzę w pustym pomieszczeniu naprzeciw tejże sofy.
Nagle do pomieszczenia wchodzi para ludzi.

Ona: białe buty na (bardzo) wysokim obcasie, na głowie postawiony do gory kok, reszta ubrana w białą tiulowa miniówkę oraz biały ozdobiony cekinami top. Twarz wymalowana w kolorach biało czerwonych, cala reszta upiększona czarno białymi dodatkami. Jeśli jeszcze nie potraficie sobie tego wyobrazić to opisze inaczej: spróbujcie sobie wyobrazić córkę arlekina i radzieckiej mistrzyni jazdy figurowej na lodzie, która lada chwila ma wystąpić na scenie w jeziorze łabędzim – mniej więcej tak wyglądała ona.

Za nią kroczył on: goryl co najmniej o głowę i obcasy mniejszy od niej. Grzbiet zgięty w typowym dla neandertalczyka łuku, rece zwisające bezwiednie przed ciałem. Goryl ubrany (uwaga!) w śnieżnobiały dres radzieckiej drużyny sportowej. Na bosych nogach tanie klapki. Widziałem kiedyś w Nevadzie oryginalnego imitatora Elvisa w białym stroju z peleryną, wierzcie mi, to jest pikuś w porównaniu do ruskiego goryla w białym dresie.

Tak wiec ta biała para ludzi wchodzi, człapie przez środek pomieszczenia i zasiada na czerwonej aksamitnej wiktoriańskiej sofie naprzeciw mnie. Ona z zamachem zarzuca nogę na nogę, on, też z zamachem, wyciera w rękaw sierpiący nos.
Powiadam wam, gdyby w tym momencie przez pokój przebiegł biały jednorożec, to wcale by mnie to nie zdziwiło.

Bonus Track

To samo miejsce, lecz tym razem jadalnia "all-you-can-it" oraz para z Polski. Zasiadam do stolika.

Obok przy stoliku ona: blond, w zbyt obcisłej sukience, kandydowo wymalowana.
On: łysy, grubawy, obgryza zaciekle udko kurczaka, ignorując przy tym resztę świata.
Ja: myślę sobie "O Jezu!".

Nagle podchodzi kelner, kiwając głową wskazuje na talerz i pyta "finished?"
Ona: bezradnie patrzy na kelnera.
On: dalej obgryza udko.

Kelner bierze talerz i odchodzi.
Ona: przerażona wola "Ty Jasiek, on mi talerz zabiera! Ja jeszcze chciałam coś zjeść!"
On: przerywa obgryzanie, podnosi głowę znad talerza i mówi tonem Bogusława Lindy "A co, kurwa, niech bierze, weźmiesz sobie nowy"
Ja: myślę sobie "O Jezu!".

18:48, jestem-w-sieci , Cool-tour
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 listopada 2010
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7
| < Styczeń 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31